szczurzyca blog

Twój nowy blog

Wybacz mi zatem Jim, Kurt, River, nawet Amy, ale spóźniłam się. Nie ubolewam w sumie.
W sypialni dzieci oddechy, jak śpiewała Maryla. Po prostu pora uznać, że jestem duża. Że moim obowiązkiem jest żyć.
Dziesięć lat na kredyt, dziękuję za każdy dzień, choć tak wiele było takich, że już wstając marzyłam tylko by znów się położyć. Ale były dobre, bo wstawałam. Nawet rzygając tym, po co, wstawałam i szłam.
   Był taki dowcip, że jedyny samobójca w Rosji zabił się, bo nie chciało mu się tak codziennie rozbierać i ubierać. De facto naprawdę to może przerosnąć. Pamiętam to. Dni, kiedy kawałek kazika ‚Upał’ szedł zapętlony, słońce prażyło nawet przez zasłony, a ja leżałam i patrzyłam na taniec kurzu w przedostających się promieniach, pod kołdrą, i miałam zaskorupiałe ślady po łzach od kącika oka do samych uszu. Te łzy wpadały gdzieś między włosy, to były nieważne łzy.
   Odkopałam mój blog przypadkiem. Odzyskałam hasło. Zajrzałam do Sheeny. Dziewczyna poszła w życie jak nie wiem. To co czytam, pokazuje, że ma kierunek. Ja też mam. Jak się nie zniechęcę, to tu wyłożę.
  
  
  

coś nowego na blogu. Po prawie roku.

Nie będę robić wielkich podsumowań, ani w ogóle niczego wielkiego.
Po długiej walce wyleciałam z uczelni. W sposób, którego nie życzę nikomu i zakrawający na wykroczenie przeciwko mym prawom konstytucyjnym (prawo do prywatności, do godności osobistej), i taki, który sprawia, że nie chcę się tam przenigdy i w żaden sposób reaktywować. No może jak wykruszy się element pilnujący kultywowania zwyczajów poprzedniej, niechlubnej epoki – donosów, łapówek, domniemań – ale że trzyma się mocno (20 lat po upadku systemu sądziłam że już się wykruszył), nie oszukuję się, że jest tam dla mnie miejsce.
W sumie, mierzi mnie to, oraz zawstydza – że żyję w takim kraju, gdzie takie kuriozalne sytuacje miejsce mają.

Będę miała syna. Z Onym. Dopiął swego, że tak to określę ;).
Wiele rzeczy po prostu pora zamknąć. Zastanawianie się, wątpliwości, próby zrewolucjonizowania świata, udawania niezależnej i samodzielnej. Nie jestem samodzielna, mam ogromny brzuch, zrobiłam się potwornie droga w utrzymaniu, bolą mnie plecy, i bardzo chcę być przytulana, i żeby kto inny odkurzał.
Kocham moje dziecko.

Z innych zmian – w korpo zmieniłam posadę. Na bliższą moim umiejętnościom. Jestem sobie tzw. kopyrajterem – płacą mi za to że mam pomysły…
Bardzo nobilitujące, że po prostu dostałam propozycję – nie starałam się o zmianę.
Z żalu za utraconym magistrem adoptowałam drugiego kota.
Aktualnie przygotowuję się do matury (i do porodu też;) ) -albowiem wskutek mojego wieku zdawałam ‚starą’, więc celem dostania się na studia zdać muszę egzaminy wstępne na prawach, i wg zasad nowej matury. 4 przedmioty. Rewelacja. Dam radę gdzieś między pieluchami. A jak nie… No matko no, to nie. Jak widać, nic z tego co osiągnęłam w życiu, nie wynikało z mojego wykształcenia. Jak widać, można bez niego. Korpo mnie przygarnęła bez magistra. A te studia mają po prostu mnie czegoś nauczyć. Być może też i dać tytuł. Ale nie napieram już. Za stara jestem, i za dużo razy straciłam coś za blisko celu będąc, bym teraz radykalnie oczekiwała że się uda i stawiała na szali swe życie.

Duży chaos. Nie szkodzi.

   Pomału zaczynam nadążać i ogarniać, ale pomału, i jeszcze daleko do końca.
1. Mieszkanie. Nadal urządzam, ale już mieszkalne całkiem, i piękne. Dominuje zieleń
2. Ony. Trudno tu coś określić, ja jedynie patrzę co się dzieje. 1,5 roku od rozstania, 3,5 od początku naszego związku, 5 od poznania się dotrało doń że mnie kocha, i że jestem najważniejszą osobą w jego życiu. Za późno, za późno. Ale stara się, nie poddaje. A ja po prsotu obserwuję co się dzieje.
Straszliwa konstatacja- nie kocham go już. On liczy, że uda się, bym pokochała znów. Ja nie wiem.
3. Wyleciałam z uczelni, w poniedziałek idę walczyć o przywrócenie, to był bardzo intensywny i trudny czas. Chciałam nadążyć, zrobć to lepiej, nie wyszło. Teraz uszy po sobie, pełnia skruchy, może ktoś doceni. Może się uda.
4. Kurwa, pogubiłam się. Punkt pierwszy i drugi wymgają rozwinięcia. Nie dziś.

Enyfakinkłeszczyns??

   Nie wytrzymałam podchodów. Zadałam kilka pytań wprost. I coś się emocjonalnie odblokowalo.
   Usłyszał to. Mówi mi, nie płacz, proszę. Jak mam nie płakać. Jak? Odsłoniwszy przed samą sobą kawałek związanych z tematem emocji, znajduję się qw jeszcze większym pomieszaniu teraz. Nie wiem już nic. Zero wglądu we własne uczucia. Jakby każde miało swoją odpowiedź, dokładnie po przeciwnej stronie.

Wszystko.
Nie może być takie poszrpane cały czas. prawda?

   Nie porywa ani wnętrzem, ani atmosferą, ani cenami, ani obsługą. Ale jest. Na skrzyżowaniu dróg bardzo wielu ludzi, mała jest knajpka, gdzie wchodząc mówię- to co zawsze- i to właśnie dostaję. Nudno tam, i zła wentylacja. Ale wiem źe siedzi tam kilkoro ludzi, i jak się do nich dosiądę, to będę jak u siebie. Powiemy tysiące głupich słów, albo żadnego. Ale mogę tam usiąść, i czuć się swoja. Nie pogardzą mną, nigdy. Nie zdziwi ich najgłupsza spośród moich historii. nie oburzy mój chrumkający śmiech, nie wystraszą dywagacje o niczym rozwinięte w tysiące akapitów przerywanych histerycznym chichotem. Skomentują mnie złośliwie, jak ja ich, bo ludzie to twardzi i niezwykli niczego poza cynizmem okazywać. Ale wiem że mam tam swoje miejsce. Wiem, że cieszą się mnie widząc. Dzięki całemu światu za to, że są. Dzięki że mogę tam czasem zasiąść. I poczuć żem w domu.

   Poza tym- pomału oswajam się z myślą że nie ma już dla mnie miejsca w człowieku, w którym swojego miejsca zaczynałam chcieć. Godzę się z tym, wyprostowana, spokojna-  duma, doświadczenie, starość, ostrożność czy nieautentyczność mych nadziei na to pozwalają?

   ONY, był tu, w miejscu mego zamieszkania aktualnym, był, powtórzyć osobiście i na trzeźwo. Że ślub. Że dzieci. Że dom, razem bycie. MIękłam zdanie po zdaniu. Ale nie zmiękłam do końca. Śmiesznostka taka- marzyłam o tym. O tym, zeby zdał sobie sprawę, wrócił. o tym, bym to ja choć raz patrzyła z góry, i stanowiła o warunkach… Ale nie uwierzyłam mu. Uwierzyłam że chce, że mówi prawdę, że potrzebuje. Ale nie uwierzyłam że da radę, że zdolny jest pokochać… 
   Od czasu otrzymania ode mnie pakietu rezerwy, nawet nie bezpośredniej odmowy- raczej uwag typu zastanów się, czego oczekujesz, czy kochasz, po co przyszedłeś… Od tego czasu cisza. A prawie mnie przekonał.  Pomyślałam- skoro mu zależy, chce zawalczyć, może jest co wskrzeszać? Nie było jak widać.

   I wędrówek ich śladami, ciekawych rzeczy można się dowiedzieć. Póki co z googli raczej wynki nieciekawe- od czasu ‚zakręcania plastikowych PET’. Za to na przykład odnośnik do mega bloga ktoś ma tuż obok Wawrzyńca Prusky’ego, i Artura Andrusa… Poczułam się zaszczycona. Ktoś w kategorii ‚Mądrze kobieco’ … Naprawdę budujące.

   Po rozmowie z ONYM. Zadzwonił. Tym razem nie dzieci (no, może w następstwie), tym razem ślub. Staaaary rok się z Ciebie leczę, nie mąć mi proszę!!! Przyjechała Sistar. Opowiadam jej o tym dialogu, o roztaczanych przez niego wizjach bukietów kwiatów, i bombonier dla matki, żeby orędownika miał, a Sistar- no, mialby dwoje. Bo ja GO lubię bardzo, młoda. Eeh. Ja też go lubię. Tylko k..wa co z tego?

   Nie obchodzi mnie, że koniec nastąpił, bo miał cofkę. Że się wystraszył odpowiedzialności. Nastąpił. A ja popróbowałam już czego innego. Nie potrzebuję odgrzewanych dań. Zwłaszcza że w międzyczasie smaki mi się zmieniły. I już nie jest to moje ulubione danie. Oj nie.

   I dobrze. Jest tam ktoś, kogo spotkanie napawałoby mnie smutkiem, że nie będzie moim on, a w połączeniu z muzą dołującą mogłabym znienacka, w odruchu jakimś, utopić się w toalecie na przykład. A nie chcę.
   Więc sprzątam. Kocię szaleje obok, przeszkadza dzielnie. Do tego jest ona wielką miłośniczką przytulania, więc jak tak zasiądę, to od razu się domaga. I mruczy jak traktor, najgłośniejsze murmurando jakie spotkałam.
   Czego ja chcę tak naprawdę?
   Lekcji rysunku. Więc na nie idę. Schudnąć. Latać. To są prawdziwe chcenia, czy zasłaniające?

Cholera, nie chce mi się kończyć tej notki.

   Dwie notki temu- o poznawaniu i smakowaniu. Pół roku rozmów, rządków literek. Bardzo powolne poznawanie. Każda informacja wydzielona, jakby na wagę złota była, i z takimż szacunkiem przyjmowana. Kilka spotkań, kawa, głupie spacery, takie o. Niezobowiązujące tematy, wymiana fascynacjami. Ktoś, kto zawsze powie- to super, kiedy się czymś pochwalisz, nawet jeśli jest to filcowa pacynka, albo fajnie spędzone popołudnie…
   I któregoś dnia ten ktoś pyta, czy pochwalić się może. I oczywiście że może, zawsze może. I pisze mi- zakochałem się…
   Tak, cieszę się jego szczęściem. Tak, żal mi mnie.  Tak cieszę się, że stało się teraz, a nie po przekroczeniu tej granicy, kiedy już bym cierpiała. Ale przecież to nieważne.
   Żal też ONEGO. Tego, że próbuje. Próbuje, a ja wiem, WIEM, że to nie będzie już robiło. I żałuję, że już nie będzie. Żal mi tego uczucia, całego piękna jakie w tym było, i tej normalności, jaką prawie sobie wmówiłam będąc z NIM. Odbieram jego telefony. Nadal. On nadal dzwoni. Przesuwa granicę. Zupełnie abstrahuję tu od pijackich kontaków, i prób wmówienia mi, że byliśmy, ba, jesteśmy, stworzeni dla siebie, bądź że powinnam mu dzieci rodzić. Nie, mówię o nieśmiałych, acz coraz mniej, próbach kontaktu na trzeźwo, i wzięcia na klatę całej przeszłości.
   Nie dam rady.
   Nie chcę.
   Chcę kogoś innego. Tylko jeszcze go nie spotkałam.

   Przynieść komuś szczęście? Ale zaznaczam, robię to rykoszetem- bliscy mi dostają to, czego chciałam dla siebie. 
   


  • RSS